19 czerwca 2014

"Gwiazd naszych wina"- czas popłakać




Jestem osobą mocno wybredną jeśli chodzi o filmy. W tym tygodniu oglądałam 4 i ani jednego nie zobaczyłam w całości. Dopiero, gdy zobaczyłam plakat do "Gwiazd naszych wina" byłam pewna, że nie zakończę znowu oglądania w połowie. Nawet nie byłoby to możliwe, bo głupio tak wychodzić z kina.
Książkę Johna Greena czytałam tydzień przed egzaminami semestralnymi. Była to pierwsza powieść, którą przeczytałam w całości w formie elektronicznej. Nie był to najlepszy wybór, bo prawie utopiłam telefon w łzach. Z jednaj strony miałam wtedy nienajlepszy humor, z drugiej- fabuła naprawdę porusza.



Hazel Grace to szesnastolatka zmagająca się z rakiem tarczycy w czwartym stadium. Żyje tylko dzięki eksperymentalnemu lekowi. Nie wiadomo jednak, jak długo. Jej monotonne życie składające się głównie z oglądania telewizji i wizyt lekarskich zmienia się po poznaniu Augusta (Gusa). Można powiedzieć, że stworzą parę idealną, bo on dobrze rozumie jej problemy. Sam jeszcze półtora roku wcześniej walczył z rakiem tkanki kostnej. Zwycięstwo przypłacił amputacją nogi. Łączy ich również miłość do literatury, a szczególnie do jednej książki o... raku. Postanawiają przebyć tysiące kilometrów, by spotkać się z jej autorem.



Film jest zrobiony bardzo dobrze. Trochę bałam się kolejnej słabej ekranizacji. Tym razem reżyser skrupulatnie oddał sceny i dialogi przedstawione w książce. Doliczyłam się tylko kilku fragmentów, które pominięto. Nie byłby to żaden problem, gdyby nie to, że wycięto ten, w którym wyjaśniono tytuł powieści i filmu.

Opowieść o nieuleczalnie chorych nastolatkach miejscami była bardziej zabawna, niż niejeden z polskich kabaretów. Z drugiej strony- poszłam na "Gwiazd naszych winę", żeby się oczyścić ze złych emocji i w końcu wypłakać. Wiedziałam żeby nie malować oczu przed seansem i zabrać kogoś z czystym rękawem do ocierania łez.
Co prawda nie rozryczałam się tak, jak wtedy gdy czytałam, ale momentów do wzruszeń było sporo. Od mniej więcej połowy, ciągle słyszałam pociągania nosem na sąsiednich fotelach.

Miłość, przyjaźń, choroba- autor nie wymyślił niczego nowego. Jest to przepis na wywołanie emocji od zawsze obecny w literaturze i kinie. Jednak tak jak nie każdą potrawę chce się zjeść w całości, tak nie każdy film zasługuje na obejrzenie do końca. Produkcja Josha Boone do tej grupy nie należy. Po jej skonsumowaniu chce się wylizać okruszki i poprosić o dokładkę.

8 komentarzy:

  1. Czytam o tym filmie już na kolejnym blogu i wygląda na to, że chyba będę musiała go obejrzeć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też jestem wybredna, jeśli chodzi o filmy ;)
    Ale ten zapowiada się ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Może właśnie specjalnie zaczęła pisać pod pseudonimem, żeby czytelnicy sięgnęli po tę książkę ze względu na jej jakość, a nie nazwisko autora? Kto ją tam wie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Któraś z kolei osoba pisze o tym filmie, sama zainteresowałam się nim oglądając reklamy przed seansem Powstania Warszawskiego :D Trzeba będzie obejrzeć, jeśli nie w kinie to choćby na DVD.

    OdpowiedzUsuń
  5. stał się moim ulubionym filmem ! ;)

    http://anilwords.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. już nie mogę się doczekać ,aż go obejrzę ♥ ale pewnie najpierw przeczytam książkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wybór ;)
      W książce jest trochę więcej wątków

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...