1 sierpnia 2015

Tak się wozi PKP



Przejechałam w lipcu jakieś 7 tys. kilometrów w 8 krajach. Jednak żadna podróż nie była tak ciekawa jak ta, którą odbyłam z bratem polskim pociągiem.



Podusia, maska na oczy, telefon, słuchawki, skarpetki frotte, książka, marchewki, jogurt i woda – to mój typowy zestaw „małego podróżnika” dzięki któremu niestraszne mi kilkunastogodzinne jazdy. Ubieram moje przewiewne spodnie, w których dotarłam do Wilna, koszulkę i bluzę. W ostatniej chwili przebieram się jednak w cieplejsze spodnie dresowe. „Może pojedziemy jakimś nowoczesnym pociągiem i jeszcze włączą klimatyzację”- myślę.

Grześ ma dwa wypakowane po brzegi  plecaki. A do nich przyczepiony śpiwór i plandekę. Śmieję się z niego, bo przecież jedziemy do domu, gdzie jest wszystko, łącznie z pościelą. Jeszcze nie wiem, że kto się śmieje…

Odjazd zaplanowany jest na 23:52, ale zjawiamy się na dworcu półtora godziny wcześniej.  I  całe szczęście, bo w kolejce do dwóch kas stoi jakieś 40 osób. 

Nigdy nie spotkałam miłej pani sprzedającej bilety. No nigdy. Zastanawiam się, czy kobiety rywalizują ze sobą podczas rekrutacji udowadniając, która jest bardziej wredna.  Chcąc się zrelaksować przed nieuniknionym starciem z kimś o zerowej ilości endorfin we krwi, zaczynam czytać książkę „na podróż”.

Długo nie udaje mi się skupić na tekście, bo kolejka do kasy zamienia się w loże szyderców:
Hejt na panią, która nie wie, gdzie wsadzić kartę płatniczą.
Hejt na panią, która bez kolejki przyszła na chwilę o coś spytać, bo informacja jest zamknięta.
Hejt na panią od karty, bo jest z Ameryki.
Hejt na inną panią, bo jest brzydka i stara.
Hejt na faceta, który kłóci się z „Amerykanką”, o to że na pewno mają już karty płatnicze w „wielkim świecie”.
Hejt na kolejkę, bo jest za długa i na pewno pociąg odjedzie.

W końcu dotarłam do kasy i z uśmiechem poprosiłam o 2 uczniowskie bilety do Terespola. Właśnie chciałam spytać o miejsca obok siebie, gdy zostałam poinformowana, że do Warszawy może mi zaoferować tylko miejsca stojące. Cena biletu oczywiście pozostanie bez zmiany.

Niedowierzając płacę 98 zł (dla porównania: tydzień temu za 2 bilety do Warszawy Polskim Busem zapłaciłam 10 zł)  i odchodzę z dwoma żółtymi  biletami.
Docieramy na peron 4. Na tablicy wyświetla się „Warszawa/Lublin”.  Na wszelki wypadek pytam jeszcze pana obok, czy też czeka na pociąg do Warszawy. Potwierdza.



Pół godziny przed planowym odjazdem przyjeżdża pociąg.  Wchodzimy, siadamy na korytarzu, ale z przedziału wychyla się pan i proponuje wolne miejsce Grzesiowi. Brat ustępuje mi . Siadam, chwilę rozmawiam z podróżnymi, chrupię marchewkę, włączam muzykę i się relaksuję. Pociąg odjeżdża… po czym wraca na peron trzeci. Zaczynam drugą marchewkę, gdy dostaję smsa od Grzesia:  „Jedziemy na Hel”. Myślę, że pociąg jedzie nad morze przez Warszawę, więc odpisuję tylko: „hehe, mi pasuje”. 
Coś mnie tknęło i na wszelki wypadek bardziej stwierdziłam na głos, niż spytałam: „Ten pociąg jedzie do Warszawy.”
-Nie. Do warszawy odjeżdża za minutę z peronu obok.- uświadamia mi ten sam mężczyzna, który zaproponował mi tu miejsce.

Zdyszani  dobiegamy z kilkoma innym osobami do ostatniego wagonu pociągu o wdzięcznej nazwie „Karkonosze”. Stłoczeni siedzimy na bagażach obok toalety. Jednak dobry humor nas nie opuszcza. „Pomyśl, że jedziemy na Woodstock”.- mówię. 

Zauważam, że obok nas znajduje się przedział, w którym siedzi tylko jeden mężczyzna. Na reszcie siedzeń leżą jakieś kartki, teczka i dwa duże pudełka. Na jednym jest napisane: „ostrożnie krew!!!”, a na drugim „Materiał biologiczny”. Z opisu na boku pudła dowiaduję się, że podróżujemy razem z… pępowiną!



W Opolu przenosimy się do wagonu rowerowego.  Tam okazuje  się, że podróżowanie z harcerzem to nie taki zły pomysł, bo… rozbijamy obóz. Na wyśmianej przeze mnie plandece kładziemy śpiwór. Do tego podusia i młody smacznie  śpi przez większość jazdy i jest zadowolony. I całe szczęście, bo oprócz śpiwora, menażki, kompasu, wodoodpornych zapałek i tysiąca innych bardzo potrzebnych rzeczy, wiezie ze sobą… 3 noże i siekierę.



Siedząc w zimnym przedziale bez siedzeń z kilkunastoma innymi ludźmi i patrząc na kraty  w oknach, myślę, że brakuje tylko dziury  w podłodze, do której można się załatwiać, żeby warunki z 2015 roku przypominały te, w których moja rodzina została wywieziona na Syberię w czasie 2 wojny światowej. 

Po 3,5 godzinach na podłodze w ciemnym i zimnym przedziale dojeżdżamy do Katowic, czyli zbliżyliśmy się do stolicy o 50 kilometrów.



Absurd całej podróży nie psuje mi humoru. Jest mi tylko smutno, że jest ciemno i nie mogę robić zdjęć. 

Zaczyna świtać, a mi nie chce się spać. Siedzę na poduszce w korytarzu i czytam książkę, kiedy czuję zapach McDonalds’a. Chopak w nike’ach, wąskich spodniach i bluzie z białym zamkiem wchodzi do naszego przedziału. Zdezorientowany siada na ziemi obok naszego „obozu” i pije colę. 

„Pewnie jakiś Warszawiak” - myślę.
Pyta, czy ten pociąg jedzie do Warszawy. 
Pewności nie mam, ale przytakuję.
A potem zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że nie jest z Warszawy, a z Ukrainy, i jedzie na Białoruś do dziewczyny. Trochę pośmialiśmy się z luksusowych warunków jakimi dano nam jechać, kilka godzin rozmawiamy, a potem zasypiam. Budzę się po godzinie,  przed Warszawą.



Bez żadnych problemów (!) przesiadamy się do nowoczesnego, klimatyzowanego pociągu jadącego do Terespola. Popijając kawę kończę książkę, którą zaczęłam stojąc w kolejce do kasy we Wrocławiu.

Wpół do dziesiątej dojeżdżamy na stację końcową. Dostaję SMSa: „Play wita na Białorusi. Koszty połączeń: do Polski – 5zł/min, lokalnie – 7 zł/min…”.

A mogliśmy jechać na hel.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...